Informacje

Premiera 2 części już 4 października!


Polub Tenebris na fejsbukach i bądź na bieżąco z nowościami!

Wywiad ze mną by Kaori


Zapraszam również do udziału w projekcie: Grupa Pisania Kreatywnego!



poniedziałek, 4 grudnia 2017

Legion Nowego Świata: Rozdział 14


 Dłuższą chwilę stałam między regałami, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. W końcu jednak otrząsnęłam się z marazmu. Skoro już do tego wszystkiego doszło, musiałam się z tym pogodzić. Zostałam przegłosowana. Jednak prywatne problemy nie mogły zaważyć na mojej pracy. Wciąż miałam rzeczy do zrobienia. Nie mieliśmy żadnych wskazówek odnośnie Legionu ani Joshuy.
            Jedno dobrze, że po wspaniałej przemowie Viviane, plotki ustały. Z drugiej jednak strony miały miejsce już trzy ataki na jej życie. Dwa razy wywinęliśmy się bez większych strat, ale co jeśli… Do trzech razy sztuka? Co jeśli następnym razem, ktoś zginie?
 Zgarnęłam te książki, które mnie interesowały. Teraz, gdy skończyłam już uzupełniać wiedzę potrzebną mi do pracy, skupiałam się na szukaniu czegokolwiek, co naprowadziłoby nas na sprawę Legionu.
 Szukałam więc w historii i legendach, naiwnie wierząc, że gdzieś tam musi być podstawa ich ideologii. Z naręczem książek wyszłam z biblioteki i ruszyłam korytarzem w stronę swojego pokoju, gdzie jak zwykle zamierzałam wsiąknąć w swoją pracę.
             Wyszłam zza rogu i zobaczyłam Callana otoczonego służącymi. Cofnęłam się, by mnie nie zobaczyli i nieco zaciekawiona, wsłuchałam się w rozmowę. Niestety nie słyszałam wszystkiego, stojąc tak daleko. Po minach kobiet sądzić mogłam jednak, że próbują flirtować z Callanem. Nie pozostało mi nic, jak mu gratulować i zarazem współczuć naiwnym niewiastom tak ciulowego wyboru.
Szkoda tylko, że nie było innej drogi do mojego pokoju. A nie chciało mi się obchodzić dokoła całego zamku, a tym bardziej przeszkadzać ich konwersacji. Znając życie szłabym tak sztywno, że potknęłabym się akurat ich mijając. Wolałam oszczędzić sobie takich atrakcji.
 Z nudów liczyłam płytki w podłodze w zasięgu wzroku, dopóki głosy nie ucichły. Zadowolona ruszyłam tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z Callanem, który najwyraźniej tylko na to czekał.
 – Nieładnie jest podsłuchiwać – stwierdził Callan, patrząc na mnie beznamiętnie.
 Z podobnym wyrazem twarzy prychnęłam:
            – Muszę wiedzieć z kim rozmawia mój ukochany narzeczony, czyż nie?
 I zwinnie go wyminęłam, ruszając w swoją stronę.
             – Nigmet, pomóc ci z książkami?
 – Poradzę sobie – mruknęłam, ale po chwili zatrzymałam się i spojrzałam na niego. – Wiesz co? Zmieniłam zdanie – oznajmiłam, wręczając mu cały stos. – Zanieś to do mojego pokoju, przypomniałam sobie, że chciałam coś jeszcze zrobić.
            – Aha… Dobrze…
 Wyglądał na zaskoczonego. I dobrze. Buc jeden.
            – Zaczekaj, Nigmet! – zawołał po chwili, a ja z ciężkim westchnieniem spełniłam jego prośbę. – Chciałem cię o coś zapytać, ale wczoraj podczas naszej narady nie było okazji.
 – Cóż to takiego?
            – Heku.
 – Co z nim? – zdziwiłam się.
 – Chciałem zapytać o to już wcześniej, ale… To było niezwykle przyjacielskie pożegnanie jak na to, jak bojowo byłaś do niego wcześniej nastawiona.
 – Bo jest przyjacielem – odparłam, wzruszywszy ramionami.
– Od kiedy, co? – mruknął, patrząc na mnie z powątpiewaniem. – Kiedy zdążyłaś się z nim tak zaprzyjaźnić?
 – Uratował mnie, uratował Viviane, więc nie jest wrogiem, a sprzymierzeńcem. Przyjacielem. To proste.
– Ja też cię ratowałem.
 – I jesteś przyjacielem. Jeszcze jakieś głupie pytania? – zapytałam i nie słysząc odpowiedzi, ruszyłam w swoją stronę.
            Nie powiedziałam Callanowi, dokąd idę, a on na szczęście nie pytał. Nie wiedzieć czemu, miałam wrażenie, że za każdym razem, gdy wypytywał mnie o coś, jak teraz, zwiastowało to swego rodzaju kłopoty. A nie potrzebowałam więcej kłopotów. Tak było lepiej. Nie mówić mu wszystkiego… Zwłaszcza, że byłam na niego naprawdę wściekła o to całe udawanie zaręczyn, choć pomysł należał głównie do Viviane.
 – Nigmet? Coś się stało? – zapytał Nukki, stając w drzwiach. – Wszystko w porządku?
 – Tak – odparłam, uśmiechając się ciepło. – Jakoś tak wydawało mi się, że dawno się nie widzieliśmy, więc przyszłam sprawdzić, jak się miewasz.
 – To miłe z twojej strony. Przepraszam, że ostatnio prawie mnie nie było. Powinienem być obecny na naradzie.
            – Cóż, to prawda… Skoro już od dłuższego czasu jesteś w małej radzie naszej kochanej królowej – zaśmiałam się, zaproszona wchodząc do środka. – Ale rozumiem, że masz wiele obowiązków. Pewnie i tak nie dałbyś rady odwlec Viv od pomysłu zaręczyn.
 – Przepraszam, nie mam żadnej herbaty, ale mogę… –  strapił się Nukki.
 – Nie kłopocz się. Poza tym to tylko ja i przyszłam tylko na chwilę.
 – Usiądź, proszę.
 – Wszystko dobrze? Trochę zmartwił mnie fakt, że ostatnio gdzieś przepadłeś.
 – To nic takiego. Miałem kilka spraw do załatwienia. Próbuję trochę odciążyć ojca od obowiązków.
            – A Orlaith ci w tym pomaga, jak rozumiem? – zapytałam, uśmiechając się od ucha do ucha. – Jej też nie było na naradzie.
 – Tak…
            – To dobrze, cieszę się. Cieszę się, że wszystko jest ok. Ale obiecaj, że dasz nam znać, jeśli będziesz potrzebował także naszej pomocy, Nukki – rzekłam z powagą. – I opiekuj się Orlaith – dodałam.
 Uśmiechnął się na to nieśmiało.
 – Jak na razie to bardziej ona dba o mnie.
 – No chyba, że tak – roześmiałam się. – Rozumiem.
 – Jak sobie… Radzisz z Callanem?
 – Ach, no cóż… Jak to z Callanem – mruknęłam, po czym westchnęłam ciężko.
 – Viviane mówiła mi o planie już jakiś czas temu. Proponowałem, że ja również mogę pomóc, ale nie zgodziła się – oznajmił Nukki. – Chyba się uparła…
 – Doceniam, że chciałeś pomóc – odparłam. – To naprawdę miłe z twojej strony, ale niezależnie od sytuacji, chyba rozumiem Viviane. I prawdopodobnie też bym się nie zgodziła. Masz swoje powinności i… Zajmij się tym, co naprawdę ważne. Cieszę się, wiedząc, że Orlaith nie jest sama.
 – Zadbam, żeby była bezpieczna.
 – Nie mówiła o tym zbyt wiele, ale jestem pewna, że wciąż boli ją śmierć rodziców i zniknięcie siostry.
 – Też tak uważam. Każde z nas przeżyło trochę ciężkich chwil, czyż nie? – stwierdził Nukki, patrząc na mnie z powagą. – Może właśnie dlatego, jesteśmy w stanie to zrozumieć.
 – Tak, chyba masz rację. Ty, ja, Orlaith, Viviane, Callan, Reynald…. My wszyscy.
 – Więc to tyczy się również ciebie. Jeśli będę mógł jakoś pomóc… – rzekł Nukki, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Orlaith zapewne powiedziałaby to samo.
 – Tak. Dziękuję. Naprawdę to doceniam, ale Callan to najmniejszy problem. Na tą chwilę musimy skupić się na szukaniu informacji o Legionie.
 – Tym też się zajmujemy. W tym momencie Orlaith wraz z moim ojcem przekopuje się przez książki w bibliotece hrabi Areza. Przyjechałem tylko na dwa dni. Niezależnie od wszystkiego, nadal jestem rycerzem Gwardii.
 – Rozumiem. Dobrze, więc... Nie będę ci już dłużej przeszkadzać.
            – Nie przeszkadzasz.
 – Spokojnie. Tak się tylko mówi.
            Po rozmowie z Nukkim udałam się jeszcze na spotkanie z Viviane. Z nią również miałam do omówienia kilka spraw. Zapukałam do drzwi. Jak zwykle otworzył je Reynald. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić, więc powstrzymałam się od zbędnego komentarza. Nie dałam jednak rady powstrzymać złośliwego uśmiechu, który wpełzł na moje usta. Reynald zmrużył tylko oczy.
 – Jakiś postęp? – zapytałam, zamknąwszy drzwi za Reynaldem.
 – W sensie? – zdziwiła się Viviane.
 – Nie udawaj – mruknęłam i wskazałam głową na drzwi. – W sensie, który właśnie wyszedł.
 – Nigmet, przestań proszę…
 – Za wszelką cenę próbujesz uchronić mnie od aranżowanego ślubu z jakimś szlachcicem, pakując mnie w zaręczyny z ponurym rycerzem, więc chyba nie sądzisz, że ja tobie pozwolę to zrobić.
 – Dobrze wiesz, że to nie takie proste… – jęknęła Viviane i spojrzała w okno. – Poza tym…
 – Tak wiem, Reynald jest tchórzem i nadal nie wyznał swoich uczuć.
            – Jesteś okrutna.
– Wolę nazwę „szczera” – skwitowałam.
 – Reynald i ja nie…
 – Tak, tak, wiem – powiedziałam, wywracając oczami. – Ale ja nie po to tu przyszłam. Nie tym razem przynajmniej.
 – Och? A co takiego?
 – Myślę, że czas wreszcie zaprosić do nas Rongvalda i Laurette, nie sądzisz?
 – Racja, nie możemy dłużej zwlekać.
            – Wszystko już zaplanowałam, więc wystarczy, że wyślesz zaproszenie i możemy zacząć przygotowania do ich wizyty.
 – Jak zwykle nie próżnujesz.
 – Cóż… – zaczęłam i wyszczerzyłam zęby w radosnym uśmiechu. – Po prawdzie zwyczajnie nie mogę się doczekać, aż zobaczą Silvaterrę. I aż będziesz mogła poznać ich osobiście.
 – Również z niecierpliwością wyczekuję ich wizyty – przytaknęła Viviane i też się uśmiechnęła. – Masz dobrą intuicję do ludzi, więc wierzę twojej ocenie, jeśli uznałaś ich za godnych zaufania i dobrych ludzi.
            – Haha. Było w nich coś… Coś innego. Tak, jak ty, nie są władcami, którzy rządzą, lecz takimi, którzy są tam dla ludzi.
 – Wydaje mi się, że ty po prostu przyciągasz dobrych ludzi. Swoją życzliwością i uśmiechem. Tutaj też wszyscy cię zaakceptowali.
 – Przesadzasz – mruknęłam, zbywając ten temat. – Laurette na pewno spodoba się nasza biblioteka.

***

            – Co zrobiłaś Callanowi? – zapytał Reynald, gdy spotkaliśmy się na korytarzu. – Wyglądał na przybitego.
 – Dlaczego miałby być przybity z mojego powodu? – zapytałam, patrząc z oburzeniem na Reynalda. – Myślisz, że on nie ma lepszych powodów do zmartwień?
 – Nie.
 – Ale dlaczego uważasz, że to ja?
 – A nie ty?
 – Nie ja – mruknęłam. – Nie ja.
 – Rano wyglądał na zadowolonego, gdy widziałem was razem. A potem kręcił się po zamku jak cień... – zauważył Reynald. – Jesteś pewna, że nic mu nie powiedziałaś?
 – A od kiedy on jest taki delikatny i tak przejmuje się czyimiś słowami? – zapytałam, nie kryjąc poirytowania. – Nie powiedziałam mu nic złego. Wręcz przeciwnie.
 – Czyli się nie przyznajesz.
 – Do niczego się nie przyznaję – zaprotestowałam, a Rey spojrzał na mnie z ukosa. – Żądam adwokata!
 – No? Co się stało. Myślałem, że się…
 – Nie. To źle myślałeś.
 – Ale wydawało mi się, że ostatnio dogadujecie się dużo lepiej. Prawie jak dawniej.
 – Rey, nie rozumiesz? Nic już nie będzie jak kiedyś – warknęłam rozeźlona. – Tolerujemy się, nadal jest moim przyjacielem nawet i nadal mu ufam, ale pewnych rzeczy nie zapomnę i nie przestanę chować urazy. Bo boję się, że jeśli opuszczę gardę chociaż na chwilę, on coś źle zrozumie i sytuacja się powtórzy. Nie pozwolę sobie drugi raz na taki sam błąd. Zbyt wiele mnie to wtedy kosztowało.
 – A nie lepiej byłoby sobie wszystko wyjaśnić? Cierpicie przez to oboje.
            – Nie.
 – Może powinniście szczerze porozmawiać? – nalegał Reynald, ale ja nie miałam zamiaru zmieniać zdania. – Może jest wytłumaczenie? Nie pomyślałaś o tym?
 – Co wyście się wszyscy na tą rozmowę uparli. Nie Reynald, nie będę o tym z nikim rozmawiać. Już postanowiłam.
 – Callan naprawdę był przybity, wiesz? – nie dawał za wygraną. – Mimo wszystko on też ma uczucia.
– Rey, a co jest złego w tym, że nazwałam go przyjacielem, co? Od kiedy to jest dla niego obelga? – zapytałam, marszcząc groźnie brwi. – Pytał o Heku, którego nazwałam przyjacielem. Robił mi wyrzuty, że on też mnie uratował, więc przytaknęłam, że on przecież też jest przyjacielem. Nie byłam niemiła. Nawet jeśli chowam urazę to wiem, że pewnych rzeczy nie zmienię i nie mogę nikogo winić. Wciąż jest przyjacielem i kimś komu ufam.
– On cię ko… – zaczął Reynald, lecz urwał, gdy ktoś walnął go plecy i niby przyjacielsko objął ramieniem. – Ała! To bolało.
 – Co słychać? – zapytał z miną niewiniątka Callan. – Chciałeś coś ciekawego powiedzieć?
 – No właśnie Rey. – Popatrzyłam na niego niepewnie. – "Ko”?
 – Korale? – jęknął Reynald.
 – Ale to przecież nie ma sensu – naburmuszyłam się. – Jakie do licha korale?
 – Kolano? Kość? Ko… Oooo…
 – Nieważne, jacyś dziwni dzisiaj obaj jesteście – westchnęłam kręcąc głową z dezaprobatą. – Callan na przybitego też nie wygląda, więc problem z głowy, Rey.
 – Martwiłaś się o mnie? – podchwycił Callan i teatralnie chwycił się za sercę. – Moja narzeczona się o mnie martwi.
 – Prędzej piekło zamarznie – wycedziłam, rzucając gromy z oczu.
 – Oj, jakoś się chłodno ostatnio zrobiło…
 – Nie żyjemy w piekle, Call!
 – Gdybyś powiedziała „zanim świnie zaczną latać” to by miało więcej sensu – zażartował Callan, a ja spojrzałam na niego z powątpiewaniem. – Wybacz, Reynaldzie, moja narzeczona ma dzisiaj chyba zły dzień – powiedział, stając obok mnie i obejmując mnie w talii, za co oberwał sójkę w bok. – Patrz, jaka agresywna.
 – Zrób tak jeszcze raz, a cię wypatroszę – zagroziłam, rzucając mu lodowate spojrzenie. – Idę, mam dużo pracy, a wy spróbujcie mi z łaski swojej nie przeszkadzać.
 – Pomogę ci.
 – Nie przeszkadzać! – powtórzyłam, ale na nic to się zdało.