Informacje

Premiera 2 części już 4 października!


Polub Tenebris na fejsbukach i bądź na bieżąco z nowościami!

Wywiad ze mną by Kaori


Zapraszam również do udziału w projekcie: Grupa Pisania Kreatywnego!



czwartek, 10 sierpnia 2017

Legion Nowego Świata: Rozdział 6



            Zgubiłam gdzieś Callana. Nie było to, rzecz jasna, celowe, ale wystarczyła chwila nieuwagi i przepadł jak kamień w wodę. Po tym, jak straż graniczna odeskortowała nas do stolicy, postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście. Z czystej ciekawości, żeby dowiedzieć się o tym kraju czegoś praktycznego. Może spróbować jakiejś lokalnej potrawy, porozmawiać z ludźmi.
            I wtedy zobaczyłam w tłumie Jaelle. Dotychczas każde jej pojawienie się, zwiastowało jakieś kłopoty. Niemniej, był to na pewno jakiś znak. Nie zastanawiając się dłużej, pognałam za nią. Wolałam to sprawdzić, bo nigdy nie pojawiała się bez powodu. Być może i tym razem chciała mi coś pokazać, a może porozmawiać?
            Ale nic ciekawego się nie wydarzyło. Zniknęła i tyle, a ja przy okazji zgubiłam Callana. Nic też nie wskazywało na to, żebyśmy byli w jakimś niebezpieczeństwie. Dłuższą chwilę rozglądałam się dokoła, ale nie było tam nic podejrzanego. Ot miasto jak miasto.
            Szczerze mówiąc nawet nie chciało mi się Callana szukać. Zgubił się to się znajdzie, a ja byłam strasznie głodna. Wstąpiłam do pobliskiej knajpy i zamówiłam coś do jedzenia. Ze swojego miejsca obserwowałam ludzi siedzących w pomieszczeniu. Dopóki nie natknęłam się wzrokiem na jakiegoś młodego mężczyznę.
            Jak na mieszczanina był dość zadbany. Jednak, co ciekawsze, strasznie się na mnie gapił. Popijał ostrożnie gorącą herbatę i patrzył. Cały czas patrzył. Uniosłam brwi, zdziwiona tym zachowaniem. Zachęcony moją reakcją, chwycił swój kubek i dosiadł się do mojego stolika.
            — Chcesz czegoś? — zapytałam. — To nieuprzejme tak się na kogoś gapić.
            — Ładna jesteś.
            — Wiem, ale nie mam czasu na głupoty.
            — Jesteś stąd? — zaciekawił się mężczyzna.
            Miał krótkie, ciemne włosy i zielone oczy. Stanowczo nie w moim typie, ale miał w sobie pewien urok. Może raczej powinnam powiedzieć, że był dość charyzmatyczny, ale przede wszystkim bardzo dziwny. Coś w nim było… Innego.
            — Podróżuję — odparłam spokojnie, uznając, że nie mija się to aż tak bardzo z prawdą. — To takie hobby.
            — Podróżniczka. Powinnaś spróbować tutejszych specjałów.
            — Taki mam właśnie zamiar.
            — A jak się nazywasz?
            — Nigmet. A ty, kim jesteś, że mnie tak wypytujesz?
            — Ja… — zawahał się wyraźnie. — Gvaldi.
            — Jesteś stąd?
            — Tak jakby. A co zamówiłaś? — dociekał.
            — Gulasz brzmiał dość apetycznie — westchnęłam, po czym uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc burczenie w brzuchu. Nie moim, rzecz jasna. — Głodny?
            — Trochę…
            — Niech zgadnę, nie masz pieniędzy — mruknęłam, a Gvaldi pokiwał potakująco głową. — To twój szczęśliwy dzień. Zamów coś, ale w zamian opowiesz mi o tym mieście.
            — Umowa stoi — padło w odpowiedzi. — Co chciałabyś wiedzieć?
            — A co wiedzieć powinnam? Może… Jaki jest król Flosterry?
            Gvaldi wzruszył ramionami.
            — Jak to król. Rządzi królestwem. Ludzie go szanują. Stara się być dobrym królem. Nie wiem. Nie spotkałem go nigdy.
            — No cóż… Dziwne byłoby chyba gdybyś spotkał.
            — Wiem! — ożywił się mężczyzna, a jego oczy zalśniły radośnie. — Powinnaś w wolnym czasie zobaczyć pole wiecznie kwitnących kwiatów.
            — Pole wiecznie kwitnących kwiatów? Co za głupia nazwa…
            — Nie jest głupia — oburzył się. — Na wzgórzu za miastem jest ogromna łąka, a kwiaty kwitną na niej cały rok. Nawet zimą.
            — Interesujące — przyznałam. — Kwitną mimo śniegu?
            — Tak. Na tym polega cały fenomen. Jest tam pięknie przez cały rok, a zimą chyba najbardziej, gdy burza kolorów przebija się przez śnieg. Definitywnie powinnaś to zobaczyć.
            — Zapamiętam to.
            — Mogę cię tam nawet zabrać — oznajmił entuzjastycznie Gvaldi. — Jak zjemy. Nie jest daleko, a naprawdę powinnaś to zobaczyć, nim ruszysz w dalszą podróż.
            — Co prawda zostaję tu na kilka dni — zaczęłam, po czym dodałam: — Ale chyba nie zaboli pójść.
            — Doskonale.
            — Jest tylko drobny szczegół. Szukam kogoś.
            — Kogo? — zdziwił się Gwaldi i w chwili, gdy miałam odpowiedzieć, pojawiła się kelnerka z naszym jedzeniem. — Pachnie wyśmienicie — zachwycił się.
            — Dzięki — mruknęłam do kelnerki, od razu uiszczając zapłatę. — Faktycznie pachnie nieźle.
            Spore kawałki mięsa, aromatycznego i mięciutkiego. Pachniało nieziemsko, tylko dziwne były takie kolorowe farfocle w sosie.
            — Coś nie tak?
            — Co to, to kolorowe? — zapytałam, gmerając widelcem w jedzeniu.
            — Płatki jadalnych kwiatów.
            — Niech zgadnę, z tych zawsze kwitnących — zakpiłam.
            — Nie, tamte nie są jadalne. Te specjalnie hoduje się w ogródkach. Można je też kupić na targu. Pokażę ci po drodze.
            — Czyli nie otrujemy się?
            — Nie, a za to na pewno ci zasmakują — zapewnił mnie Gwaldi i uśmiechnął się szeroko, po czym pierwszy zaczął jeść.
            Być może chciał zademonstrować, że nie próbuje nas otruć. Wzruszyłam ramionami i postanowiłam zaryzykować.
            — Mmm! Niebo w gębie.
            — Mówiłem.
            — Więc jadalne kwiaty — mruknęłam, wracając do tematu. — Ciekawe.
            — Ale ważniejsze… Mówiłaś, że kogoś szukasz.
            — Ach, tak. To prawda.
            — Kogo?
            — Nie przybyłam do miasta sama. Niestety zostaliśmy rozdzieleni w pewnym momencie.
            — Kto to taki? — zainteresował się Gwaldi.
            — Przyjaciel. Wcześniej podróżowała z nami jeszcze dwójka, ale musieliśmy się rozdzielić. Teraz jego też zgubiłam…
            — Odwiedzimy pole wiecznie kwitnących kwiatów, a potem pomogę ci go odnaleźć — obiecał wesoło Gwaldi.
            — Naprawdę?
            — Oczywiście. Nie rzucam słów na wiatr.
            — Chyba miałam szczęście, że cię spotkałam — stwierdziłam z uśmiechem. — Wiesz sporo o okolicy, przynajmniej mam okazję się czegoś dowiedzieć.
            — Zatem oboje mieliśmy dziś szczęście. Dawno nie jadłem tak pysznego posiłku w tak miłym towarzystwie.
            — Lizus — prychnęłam.
            — Ładny wisiorek — usłyszałam nagle. — Czy to irys?
            — Tak. Wisiorek w kształcie irysa.
            — Wiesz, co oznacza irys w mowie kwiatów? — zapytał Gwaldi.
            — Nie, ale zgaduję, że ty wiesz.
            — Irys oznacza zaufanie. Wśród szlachty jest do bardzo ważny symbol.
            — Rozumiem — odparłam, uśmiechając się i dotknęłam palcami wisiorka. — To możliwe. Dostałam go od kogoś, kto wiem, że bardzo mi ufa i nie mogę zawieść tego zaufania. Zresztą ja tej osobie też ufam.
            — Skoro dostałaś od kogoś ten symbol, jestem pewien, że jesteś wspaniałą osobą. Miałem dobre przeczucie.
            — Cóż… To po prostu prezent od kogoś dla mnie ważnego — wyjaśniłam, uśmiechając się pod nosem, po czym przeniosłam wzrok na rozmówcę: — A ty bardzo dobrze znasz się na kwiatach, jak widzę.
            — Tu w stolicy każdy zna się na nich dobrze.
            Po obiedzie ruszyliśmy przez miasto. Gwaldi opowiadał mi o właściwościach poszczególnych kwiatów jadalnych, a nawet wytargował nam parę po niższej cenie, żebym mogła spróbować. Niektóre smakami przypominały rzeczy, które znałam, a tutaj nazywały się po prostu kwiatami jadalnymi. Były w przeróżnych kolorach, a niektóre nawet tęczowe. Co za dziwny świat.
            — Podoba ci się stolica Flosterry? — zapytał ni z tego ni z owego.
            — Tak, myślę, że tak — odparłam z uśmiechem. — Ludzie są bardzo mili i otwarci. No i jednak Flosterra zdaje się bardzo różnić od Silvaterry. U nas nie ma tych jadalnych kwiatów, więc jest to dla mnie coś egzotycznego, nie ukrywam.
            — Cieszę się, że ci się podoba. Flosterra to piękny kraj. Cała nasza kultura opiera się na kwiatach. Jedzenie, ozdoby… Wszystko.
            — Widziałam, że są nawet na fladze.
            — Oczywiście. Pola zawsze kwitnących kwiatów to duma Flosterry.
            — Fajnie jest zobaczyć to na własne oczy, porozmawiać z kimś, kto tu żyje. To nie to samo, co czytanie o tym kraju w książkach. O ile ciekawiej byłoby, gdyby można eksportować stąd jadalne kwiaty. Jestem pewna, że ludziom z Silvaterry bardzo by się to spodobało. U nas za to są wyśmienite wina, wszelkiego rodzaju.
            — Z tego, co wiem są bardzo dobre. Ale my też mamy swoje wino. Kwiatowe, bardzo dobre. Powinnaś spróbować, jeśli będziesz miała okazję.
            — Być może się nadarzy. Zostaję tu jeszcze kilka dni, więc…
            Dalszą część drogi szliśmy w milczeniu. Wydostaliśmy się z miasta jedną z uliczek i ruszyliśmy pod górkę. Byłam naprawdę ciekawa tego pola kwiatów. Niby nic takiego, ale nie potrafiłam pojąć, jak to możliwe, że kwitną cały rok. Żałowałam tylko, że nie ma jeszcze zimy. Naprawdę chciałabym to zobaczyć.
            Przyspieszyłam kroku, zostawiając Gwaldiego za sobą. Zatrzymałam się dopiero na samym szczycie, oniemiała wpatrywałam się w ogromną połać kolorowych kwiatów. Otaczała mnie burza kolorów, niemal rażąc w oczy, ale widok był po prostu nieziemski.
             Miałam ochotę zdjąć buty I rzucić się boso w stronę kwiatów. Wyglądały, jak miękka, puszysta pierzynka. Nic, tylko iść spać. Niestety w rzeczywistości rzucenie się w kwiaty mogło być bolesne i skończyć się w najlepszym wypadku paroma siniakami.
            — Cudowne! — krzyknęłam, odwracając się do Gwaldiego. — To jest po prostu cudowne!
            — Cieszę się, że ci się podoba — odparł, uśmiechając się ciepło.
            — Szkoda, że nie mogę zrobić zdjęcia?
            — Czego? — zdziwił się.
            — Mówiłam do siebie — powiedziałam pospiesznie. — Szkoda, że moi przyjaciele nie mogą tego zobaczyć. Chciałabym ich tu kiedyś zabrać.
            — To zabierz ich tu kiedyś. Jestem pewien, że im się spodoba.
            — Też tak myślę, ale lepiej już wracajmy. Muszę znaleźć Callana — stwierdziłam, marszcząc brwi. — I tak będzie wściekły, że zniknęłam.
            — Twój towarzysz?
            — Tak.
            — Tylko towarzysz?
            — Przyjaciel i właściwie też razem pracujemy — dodałam z uśmiechem. — Ale w sumie dzień odpoczynku od niego też mi zaszkodzić, raczej, nie zaszkodził.
            — Gdzie pracujecie? — zaciekawił się Gwaldi.
            — My… — zawahałam się, nie wiedząc, czy dobrym pomysłem jest powiedzenie prawdy. — Jesteśmy lekarzami.
            — Podróżni medycy.
            Gwaldi pokiwał głową z uznaniem.
            — Tak. Callan w szczególności zna się na zielarstwie, choć jest dobrze obeznany także z historią.
            — Fascynujące.
            — Tak… A ty?
            — Dorabiam, oprowadzając ludzi po okolicy — oznajmił Gwaldi i ukłonił się zawadiacko.
            — W zamian za posiłek? — zapytałam rozbawiona.
            — Między innymi.
            — Zabawny jesteś — przyznałam, gdy schodziliśmy już ze wzgórza. — Dziwny, ale nie aż tak podejrzany, jak wydawałeś się na początku.
            — Myślałaś, że jestem jakimś podejrzanym typkiem? — zmartwił się Gwaldi.
            — Tak. Takim, co zabiera obce dziewczyny na pola kwiatowe i tam je morduje.
            — Nikogo nie zamordowałem, przysięgam.
            — Wiem — roześmiałam się, widząc jego przerażoną minę.
            — Zresztą nie wyglądasz na kogoś, kto dałby się łatwo zabić — zauważył Gwaldi, spoglądając na mój miecz. — Jak na medyka, musisz być dość waleczna.
            — Brałam lekcje szermierki — pochwaliłam się. — Właśnie na wypadek niebezpieczeństwa.
            — Bardzo mądrze. Zwłaszcza, że twój miecz jest doskonałej jakości, mogę to stwierdzić już na pierwszy rzut oka. Musiał sporo kosztować.
            — Dostałam go w prezencie…
            — Od kogoś ważnego?
            — Cóż… Tak, chyba tak. No, ale nic. Ważniejsze, że teraz muszę znaleźć Callana — mruknęłam, rozglądając się dokoła, gdy szliśmy już przez miasto. — Gdzie on się… O! Jest — uradowałam się i spojrzałam na Gwaldiego, ale jego nie było już obok.
            Zaniknął bez śladu. Jeszcze chwilę rozglądałam się za nim, ale najwyraźniej już sobie poszedł. Było to trochę dziwne, ale nie mogłam marnować więcej czasu. Wolałam dogonić Callana zanim znowu gdzieś pójdzie.
            — Callan! — krzyknęłam, dopadając do niego.
            — Tu jesteś. Wszędzie cię szukałem — oznajmił, marszcząc groźnie brwi. — Gdzieś ty poszła?
            — Wydawało mi się, że widziałam Jaelle, ale jak zwykle zniknęła i nie udało mi się z nią porozmawiać. Potem próbowałam znaleźć cię, ale nigdzie cię nie było i… — urwałam, uznając, że nie powiem mu o dziwnym spotkaniu.
            Znając życie, tylko by się zdenerwował, że narażam się na niebezpieczeństwo, szlajając się z kimś obcym. Fakt, może nie było to zbyt mądre, ale dowiedziałam się wielu przydatnych rzeczy.
            — Nieważne… — westchnął Callan. — Najważniejsze, że już jesteś. Rozejrzałem się trochę, więc możemy iść do zamku. Nie ma, co odwlekać tego dłużej.
            — Jestem za.
            I tak oto ruszyliśmy do zamku. Oczywiście nie obyło się bez kłótni ze strażą, ale i tym razem gadka Callana podziałała właściwie i na widok królewskiej pieczęci, odeskortowano nas do środka.
            Jakiś czas czekaliśmy w salonie. Spodziewałam się raczej sali tronowej, a jednak miejsce było o wiele przyjemniejsze. Na czas czekania uraczono nas jedzeniem i winem. Wyglądało to trochę tak, jakby próbowali grać na czas. To dziwne. Czyżby król jednak nie chciał nas spotkać?
            Dopiero po około godzinie zjawiło się dwóch strażników i ktoś, kto był najprawdopodobniej królewskim doradcą lub innym wysoko postawionym urzędnikiem.
            — Król Flosterry, Rongvald, właśnie przybył — oznajmił mężczyzna w podeszłym wieku i do środka wmaszerował ktoś, bez wątpienia ubrany, jak król.
            Przynajmniej na miarę moich wyobrażeń. Niestety moje wyobrażenia na stroju się kończyły. W przeciwieństwie do tego, co sądziłam, król Flosterry był bardzo młody. Wątpiłam, by był starszy od Callana, a spodziewałam się raczej jakiegoś staruszka albo, chociaż faceta po czterdziestce.
            Lecz wiek to wciąż nie było to, co zaskoczyło mnie najbardziej. Król miał krótkie, ciemne włosy i bystre, zielone oczy. Na nasz widok uśmiechnął się serdecznie i zajął miejsce naprzeciw nas, mówiąc:
            — Nigmet, Callanie… Witam was serdecznie w stolicy Flosterry. Mam nadzieję, że wasza podróż przebiegła bezproblemowo.
            Zamarłam, wpatrując się Rongvalda.
            — Gv… — zaczęłam, lecz on dyskretnie przyłożył do ust palec wskazujący. — To zaszczyt, wasza wysokość — poprawiłam się pospiesznie. — Podróż obyła się bez większych problemów.
            — Cieszy mnie to, zarówno jak fakt, iż mogę poznać reprezentantów Silvaterry.
            — W imieniu naszej królowej, pragnę przeprosić, iż nie zjawiła się tu osobiście — ciągnęłam dalej, nie odrywając oczu od Rongvalda. — Jednak zważywszy na to, że dopiero nie dawno objęła tron, wciąż jeszcze nie mogła zjawić się osobiście, mając na celu tylko i wyłącznie dobro mieszkańców.
            — Ogromna szkoda, z przyjemnością poznałbym jej wysokość, Viviane. Rad jestem jednakże, bo wieści o równie młodej, co królowa, królewskiej doradczyni, dotarły nawet tutaj.
            — Może dlatego, że moja osoba wywołała spore oburzenie wśród szlachty — zażartowałam. — Wątpię by było to coś innego.
            — Wierzę jednak w rozwagę decyzji, jej wysokości. Skoro przysłała was tutaj, byście ją reprezentowali, chciałem z wami porozmawiać jak równy z równym.
            — To chyba nie jest zbyt często spotykane podejście, prawda? — zapytał Callan.
            — Oczywiście, że nie — ofuknął go urzędnik, stojący u boku Rongvalda. — Król nie spotyka się na rozmowie z byle kim.
            — Cóż… — uznamy to za komplement — mruknęłam, piorunując mężczyznę spojrzeniem.
            — To jest komplement — przytaknął Rongvald. — Królowa Viviane w liście zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc postanowiłem zaufać przysłanym przez nią osobom. Ważniejsze sprawy proponowałbym jednak przełożyć na jutro. Na pewno jesteście zmęczeni po podróży. Czekają już na was komnaty, a służba dostała rozkaz zapewnić wam wszystko, czego potrzebujecie. Mam nadzieję, że dołączycie do mnie jutro przy śniadaniu.
            — Będziemy zaszczyceni — odparł Callan.