Informacje

Premiera 2 części już 4 października!


Polub Tenebris na fejsbukach i bądź na bieżąco z nowościami!

Wywiad ze mną by Kaori


Zapraszam również do udziału w projekcie: Grupa Pisania Kreatywnego!



czwartek, 5 października 2017

Legion Nowego Świata: Rozdział 10



            Było już po północy, gdy Callan przemierzał zamkowe korytarze. Kręcił się tak już kilka dni pod rząd, czekając na odpowiednią okazję. Niestety sprawy nie szły za bardzo po jego myśli. Wystając po raz kolejny na ciemnym korytarzu, sam czuł się, jak jakiś podejrzany typ i nie zdziwiłby się, gdyby ludzie zaczęli go podejrzewać o coś dziwnego.
            W rzeczywistości jednak po prostu próbował chronić Nigmet. Ona też mu tego nie ułatwiła. Nie widzieli zbyt wiele od powrotu z Flosterry. Większość czasu spędzała na pracy w towarzystwie Eili, a kiedy już służącej nie było w pobliżu, zazwyczaj rozmawiała z kimś innym.
            Jednak to do niej miał sprawę, nie do Nigmet, lecz kobieta okazała się jeszcze bardziej nieuchwytna. Znikała, kiedy tylko Callan pojawiał się na horyzoncie. Co gorsza, robiła to w tak naturalny sposób, że czasami sam wątpił, żeby to było celowe. Ale przecież znał prawdę.
            Teraz miał już pewność, więc musiał to załatwić. Im szybciej tym lepiej, a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości jednak nie miał pewności w tej materii. Eili była dla niego nieprzewidywalna. Długo nie potrafił jej rozpracować, więc i teraz nie mógł być pewien, jak na to zareaguje.
            Wreszcie ją wypatrzył. Ona natomiast nie dostrzegła go jeszcze. Musiał to dobrze rozegrać. Przede wszystkim nie dać jej zwiać, ale też zająć się sprawą ostrożnie, żeby jej nie prowokować. Tego chciał akurat najmniej.
            Ruszył powoli, trzymając się ściany, gdzie było najciemniej. Starał się nie robić hałasu. Uspokoił oddech, wyciszył się, by nie wyczuła go od razu. Był coraz bliżej i bliżej, a ona wciąż go nie zauważyła. W pewnym momencie zatrzymała się jednak i wciąż stojąc do niego tyłem, powiedziała:
            – Długo zamierzasz tak za mną iść?
            – Więc jednak mnie widziałaś? – zaśmiał się, próbując zamaskować niezadowolenie. – Tyle czasu mnie unikałaś, dlaczego dziś zmieniłaś zdanie?
            – Bo zaczynasz mnie irytować. Dziś osiągnąłeś zupełnie nowy poziom w tej materii.
            – To ciekawe, bo wyraźnie pałasz do mnie niechęcią.
            – Oczywiście.
            – Z powodu Nigmet? – zapytał Callan i dopiero wtedy Eili odwróciła się w jego stronę, marszcząc brwi.
            – A z jakiego innego? Skrzywdziłeś ją. Nie mam wobec ciebie ani krzty sympatii, czy tym bardziej zaufania.
            – Dlaczego miałbym ci uwierzyć? – zakpił. – Naprawdę chcesz mi wmówić, że to właśnie jest powód?
            – Dlaczego miałoby być inaczej?
            – Daruj sobie, wcale nie troszczysz się o Nigmet. Oboje o tym wiemy – warknął Callan wyraźnie rozeźlony. – Więc nie rozumiem, dlaczego próbujesz ze mną walczyć.
            – Oczywiście, że się o nią troszczę. Jest dla mnie jak młodsza siostra – ofuknęła go Eili.
            – Dobra wymówka – prychnął Callan. – Udajesz troskliwą, starszą siostrą i traktujesz mnie jak wroga. Wszyscy widzą cię jako kochaną Eili, która nie chce dopuścić do Nigmet mężczyzny, który ją zranił. Choć sama stanowisz dla niej o wiele większe zagrożenie. Ja próbowałem ją chronić. Także przed tobą.
            – Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz.
            – O tym, że ty próbowałaś ją otruć.
            – Wypraszam sobie takie bezpodstawne zarzuty. Zabiłabym ścierwo, które targnęło się na jej życie.
            – Oczywiście – zakpił Callan, krzyżując ręce na piersi. – Mów mi więcej.
            – Jak śmiesz mnie oskarżać – oburzyła się Eili, dłonie zaciskając w pięści.
            – Dobra z ciebie aktorka – przyznał, kiwając głową z uznaniem i aż cmoknął. Chciał ją sprowokować. – Dobrze wiem, że to twoja sprawka. Tylko ty i Meeri miałyście do nich dostęp, ale Meeri tego nie zrobiła. Pozbyłaś się służki, która była tam z wami, Kathi, żeby zwalić na nią winę. Oczywiście, że podejrzenie padło na nią skoro zniknęła. Szkoda, że kilka dni po otruciu Nigmet, znalazłem ciało biedaczki. Długo nie byłem pewien, czyja to sprawka, ale tylko ty byłaś w stanie to zrobić.
            – No teraz to już przegiąłeś – wysyczała kobieta.
            – Wiem, kim jesteś – ciągnął dalej Callan i chwycił ją za nadgarstek. – Ten sygnet – powiedział, patrząc na pierścień, który nosiła na palcu serdecznym prawej ręki. – Gdy go zobaczyłem, wszystko stało się jasne.
            – Ty… Skąd wiesz? – zdziwiła się Eili. Takiego obrotu sprawy się akurat nie spodziewała. – Jesteś…
            – A jak myślisz?
            – Nie jesteś jednym z nas, wiedziałabym o tym.
            – Nie jestem – oznajmił spokojnie Callan. – Mam o wiele większą władzę od ciebie, dlatego nie miałaś pojęcia. Znasz tylko kilka osób z niższego szczebla no i swojego mistrza.
            – Teraz rozumiem – padło i mina Eili nieco zelżała. Gdy oswobodziła się z żelaznego uścisku, uśmiechnęła się nawet. – Wszystko rozumiem. Muszę przyznać, że udało ci się mnie nastraszyć w pierwszej chwili.
            – Nie wydam cię, ale mam warunek – oznajmił z grobową miną.
            – Jaki?
            – Nie wchodź mi w drogę – szepnął, nachylając się w jej stronę.
            Nie trzeba było być znawcą, by wiedzieć, że nie jest to tylko bezpodstawna groźba. I nawet pewna swoich umiejętności Eili nie była przekonana, czy miałaby jakiekolwiek szanse przeciwko Callanowi. Mimo to nie okazała strachu ani niepewności.
            – Bo?
            – Bo mogę ci narobić wielu kłopotów. I tu i tam. Cały czas próbowałaś Nigmet nastawiać przeciwko mnie, co i tak słabo ci wychodziło. Dobra rada, nie próbuj ze mną takich sztuczek. Twój mistrz nie będzie zadowolony, jeśli zawalisz misję z powodu swojej niesubordynacji. Trzymaj się swoich rozkazów.
            – W porządku – skapitulowała Eili. – Wiedząc, że jest tu ktoś taki jak ty, mogę się swobodnie wycofać. Mam co robić.
            – Doskonale. Możesz być pewna, że twój sekret jest bezpieczny, o ile dotrzymasz słowa. Spróbuj jednak zrobić coś głupiego, a następnym razem nie skończy się rozmową.
            – Nie musisz się obawiać, nie będę ci przeszkadzać. Domyślam się, dlaczego trzymasz się tak blisko Nigmet.
            – To chciałem usłyszeć – skwitował Callan.
            – Żal mi jej tylko. Nie ma pojęcia, że wszyscy w koło ją oszukują. To nic osobistego – zaśmiała się Eili i nikt w życiu nie pomyślałby, że miała wobec kogokolwiek złe zamiary. Jej zachowanie było tak naturalne. – Jeśli mam być szczera, nawet ją polubiłam. Naprawdę mi jej szkoda. Nawet ty udajesz jej przyjaciela, a w rzeczywistości tylko ją wykorzystujesz.
            – Nie porównuj mnie do siebie – warknął Callan, ledwo powstrzymując gniew. – To nie ja targnąłem się na życie dziewczyny, która i tak niewiele może zrobić.
            – Ale też ją oszukujesz. Udajesz jej przyjaciela, choć pewnego dnia ją zdradzisz.
            – Jestem jej przyjacielem. Dlatego jej pilnuję, nie chcę jej zdradzić ani oszukiwać, chcę żeby była bezpieczna, więc muszę po prostu mylić trop, by nigdy nie dowiedziała się prawdy.
            – Jesteś nawet bardziej podły, niż ja – roześmiała się ponownie Eili. – Udajesz jej przyjaciela i wodzisz za nos. To nawet gorsze od samej zdrady, skoro krzywdzisz ją praktycznie każdego dnia. Nie wspominając o tym, że dodajesz sobie niepotrzebnie pracy, tylko po to by oszukać własne sumienie. Jesteś głupcem i to w bardzo okrutny sposób – rzuciła na odchodne.
            Callan dłuższą chwilę stał, patrząc w stronę, gdzie zniknęła Eili. Jej słowa rozbrzmiewały echem w jego głowie. Nieważne ile razy wmawiałby sobie, że jest inaczej, musiał przyznać, że miała rację. W jakimś stopniu na pewno. Był zwykłym oszustem, nawet jeśli kłamał, by chronić Nigmet.
            Wiedział, że nie doceniłaby tego, co dla niej robił. Nie chciała ochrony, chciała prawdy. Chciała pomóc Viviane, a on zamiast jej to umożliwić, trzymał ją od wszystkiego z daleka. O wiele skuteczniej, niż mogłaby przypuszczać.
            – Wygląda na to, że rozmowa poszła po twojej myśli – usłyszał nagle i zmarł.
            Aż go zmroziło, bo naprawdę nie spodziewał się, że ktoś się do niego zakradnie. Może był zbyt zaaferowany rozmową z Eili, że zupełnie nie zauważył. Ona zresztą też nie, inaczej na pewno powiedziałaby mu.
            – Nie podejrzewałem cię o podsłuchiwanie czyichś rozmów – odpowiedział, starając się zabrzmieć spokojnie.
            – To jest to, Call, że nie doceniasz ludzi – roześmiał się Reynald. – Masz małą nauczkę. Chociaż muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to. Przez myśl mi nie przeszło, że to Eili stoi za próbą otrucia Viviane i Nigmet.
            – Małą nauczkę? – zdziwił się Callan.
            – Przynajmniej zastanowisz się na przyszłość dwa razy, zanim…
            – Muszę przyznać, że faktycznie cię nie doceniłem – skwitował Callan, spoglądając na Reynalda. Spodziewał się z jego strony złości, ale wszystko, co zobaczył to szeroki uśmiech i radosne iskierki w oczach. – Ty za to nie wyglądasz na zaskoczonego.
            – Mówiłem, że nie doceniasz ludzi. Lekceważysz wręcz.
            – Widziałeś? – zapytał wreszcie.
            – Podejrzewałem od jakiegoś czasu – odpowiedział Reynald, opierając się plecami o ścianę. – Zwłaszcza po naszej rozmowie przed waszą podróżą do Flosterry, ale brakowało mi dowodu. Sam zresztą podrzucałeś mi wskazówki od jakiegoś czasu.
            – To prawda. Pytanie tylko, co zrobisz z tą wiedzą.
            – Jeszcze nie wiem.
            – Nie wiesz?
            Callan uniósł brwi.
            – To zależy od ciebie – stwierdził wesoło Reynald. – Powiedz mi coś, ale szczerze.
            – Tak?
            Popatrzył pytająco na Reynalda.
            – Kochasz ją?
            – Tak.
            – Ochronisz ją?
            – Od początku taki miałem zamiar.
            – Za wszelką cenę? – zapytał Reynald, tym razem uśmiech zniknął z jego twarzy. – Nawet jeśli miałaby cię znienawidzić?
            – Nawet wtedy. Zresztą już mnie nienawidzi.
            Reynald wyszczerzył zęby w jeszcze szerszym uśmiechu, po czym oznajmił:
            – No i świetnie. Twój sekret jest ze mną bezpieczny.
            – To wszystko? – zdziwił się Callan. – Nie zamierzasz jej powiedzieć?
            – To wszystko. Nie powiem jej, ponieważ ci ufam, przyjacielu. Wierzę też, że w końcu sam powiesz jej prawdę. Nie zwlekaj jednak za długo. Nigmet jest o wiele bystrzejsza niż ci się zdaje.
            – Naprawdę jesteś aż tak naiwny? Oszukiwałem was wszystkich…
            – Stary, wyluzuj, co? – zaśmiał się Reynald, zupełnie zbijając Callana z tropu. – Jesteś naszym przyjacielem, dlatego ci ufamy. A wbrew pozorom od początku stałeś po naszej stronie.
            – Wyluzuj? Oszukałem was – rozzłościł się Callan. – Cały czas was oszukiwałem, a ty od tak zamierzasz…
            – To co teraz mówisz, jest świetnym potwierdzeniem, że mam rację. Nadal jesteś naszym przyjacielem. Nie ma znaczenia, kim byłeś wcześniej, skoro teraz jesteś po naszej stronie.
            – I skąd możesz być pewien.
            – Walczyłeś z nami ramię w ramię, chroniłeś Nigmet i Viviane. Blizna, którą tu masz – Reynald położył dłoń na ramieniu Callana – jest dowodem na to, że robiłeś to całym sercem. Byłeś gotowy wszystko poświęcić, by ją chronić.
            – Nie mam na ciebie siły – westchnął Callan, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Jesteś nienormalny.
            – Takich przyjaciół sobie wybrałeś – skwitował Reynald i poklepał go po plecach. – A tak całkiem poważnie… Nie ukrywam, że wolałbym, żebyś jej powiedział. Ona zasługuje, żeby znać prawdę.
            – Oszalałeś.
            – Nigmet nie jest głupia, prędzej czy później się zorientuje. Lepiej, żebyś sam jej powiedział. Jeśli dowie się od kogoś innego, możesz mieć spore kłopoty.
            – Nie, no ty naprawdę oszalałeś.
            – Nie chrzań, chodź napijemy się – mruknął Reynald. – I wszystko mi opowiesz.

***

            Do pokoju weszła Eili, niosąc na tacy herbatę i jakieś przekąski. Uśmiechnęłam się do niej znad ostatnich dokumentów. Odwzajemniła gest, chociaż z dozą niepewności. Zmarszczyłam brwi, wyczuwając, że coś się stało. Rozumiejąc, o co mi chodzi, pokręciła przecząco głową.
            – No mów. Coś się stało, prawda?
            – Nie, wszystko w porządku, Nigmet.
            – Przecież widzę, że coś się stało – stwierdziłam, robiąc groźną minę. – Eili, czymś się martwisz prawda?
            – O ciebie…
            – Czemu tym razem?
            – Brzmisz, jakbyśmy wszyscy się ciągle o coś martwili.
            – A nie? – mruknęłam, unosząc brwi.
            – Jesteś pewna, że możesz ufać swoim przyjaciołom? – zapytała wreszcie Eili. – Wydaje mi się, że oni coś przed tobą ukrywają.
            – Cóż… To faktycznie niedobrze – przyznałam po chwili namysłu. – Założę się, że wymyślili coś głupiego znowu, ale nie są groźni.
            – Nie martwi cię, że robią coś za twoimi plecami?
            – Na tym polega zaufanie, zresztą znając ich to się prędzej czy później wy… – nie zdążyłam dokończyć, gdy do środka wparowała Viviane.
            Raczej nie zdarzało jej się takie zachowanie, więc coś musiało być na rzeczy.
            – Nigmet, pomocy – jęknęła rozpaczliwie, a ja zamarłam. – Przyjechał.
            – Kto?
            – Przyjechał z niezapowiedzianą wizytą – gorączkowała się Viviane. – Co zrobić? Nie mogę zamknąć przed nim bramy, ale to jest tragedia!
            – Ale kto do licha? – powtórzyłam, czując gulę w gardle.
            – Mój kuzyn! – wykrzyknęła po dramatycznej przermie.
            – I to takie straszne?
            – Najpierw go spotkaj… On jest… Dobrym? Człowiekiem? Cóż, na pewno jest po naszej stronie, ale jest dość… Specyficzny. Rzekłabym nawet, że straszny. Gdy byliśmy dzieci zawsze się go bałam, ale Nukki i… Joshua… Chronili mnie przed nim.
            – Spokojnie, jesteście teraz dorośli, jestem pewna, że przesadzasz. Nawet jeśli nie dogadywaliście się jako dzieci, teraz na pewno jest inaczej.
            – Nie przesadzam. Zobaczysz – jęknęła Viviane.
            – Dobra, już dobra, idę – odpowiedziałam, uśmiechając się przepraszająco do Eili. – Pogadamy później.
            Pospiesznie podążyłam za Viviane na dziedziniec. Nie wiedziałam, dlaczego tak biegnie, by przywitać się z kuzynem, skoro twierdziła, że jest on osobnikiem niebezpiecznym. Podejrzewałam jednak, że wieść o przybyciu krewnego ucieszyła ją, biorąc pod uwagę, że wcale nie tak dawno temu straciła rodziców.
            – Viviane, uważaj, bo się przewrócisz w tej sukni – krzyczałam za mną, ale nie zwróciła na to uwagi. – Ech… Zaraz wypluję płuca…
            Gdy dotarłam na dziedziniec, powóz już tam był, a Viviane stała wpatrzona w wysokiego mężczyznę. Czarne włosy sięgały mu do pasa, zwisając luźno i aż otworzyłam oczy ze zdziwienia. Niejedna dziewczyna mogła mu pozazdrościć takiej fryzury. Równie czarne oczy dotychczas utkwione w Viviane, odnalazły mnie i miałam wrażenie, że chłopak potrafi przejrzeć mnie na wylot. Jakbym była przezroczysta.
            – Heku, witaj – powiedziała Viviane, a on uśmiechnął się do niej czarująco i otworzył ramiona, by ją uścisnąć. – Tyle lat… Czemu zawdzięczam tą niespodziewaną wizytę?
            – Cieszę się, że cię widzę Viviane – odparł, biorąc ją w ramiona. – Wyrosłaś przez ostatnie kilka lat.
            – Cóż…
            – I jesteś teraz królową – zauważył rozbawiony. – Czy stracę głowę za to, że nie klękam przed tobą, wasza wysokość?
            – Nie wygłupiaj się, proszę.
            – Dobrze, że nic ci nie jest. Zmartwiły mnie wieści, które dotarły do mnie z Silvaterry i od razu ruszyłem w podróż do domu. Niestety droga z Glaciem była bardzo długa. Ogromnie żałuję, że nie mogłem stać u twego boku, gdy walczyłaś z Ejvaldem.
            – Nic nie szkodzi, wiedziałam, że pewnie jesteś daleko – skwitowała Viviane. – Zresztą miałam przy sobie zaufanych ludzi, którzy bardzo mi pomogli.
            – Słyszałem właśnie, że masz interesujących przyjaciół. Ty musisz być Nigmet – powiedział w moją stronę. – Pierwsza kobieta w roli królewskiego doradcy.
            – Moja sława mnie wyprzedza – mruknęłam, podchodząc bliżej. – A ty jesteś Heku, kuzyn Viviane, czy tak?
            – We własnej osobie – oznajmił i ucałował grzbiet mojej dłoni, spoglądając na mnie. – Cała przyjemność po mojej stronie.
            – Nie stójmy tak, pewnie jesteś zmęczony po długiej podróży – zauważyłam. – Każę przygotować dla ciebie jakąś komnatę.
            – Jesteś jeszcze piękniejsza, niż mówią ludzie.
            Zupełnie zignorował moje słowa.
            – Ja? – zdziwiłam się. – Zależy, co mówią.
            – Same dobre rzeczy.
            – Z całą pewnością wiesz, jak schlebić kobiecie – roześmiałam się. – Ale nie ze mną takie numery.
            – Dlaczego? – zdziwił się.
            – Komplementy nie wystarczą. Nie jestem tu od tego, by ich słuchać. Ja obserwuję ludzi, niezależnie od tego, kim są. Interesuje mnie raczej, po co odwiedzają zamek.