– Ty... Nie jesteś czasem ukochanym Shanon? – spytałam bez namysłu, a
nieznajomy otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. – To ty, prawda? Veeru.
Słyszałam o tobie, o was...
– Od kogo? – mruknął chłopak, patrząc na mnie podejrzliwie.
– Od pani z karczmy.
– Tutejsze kobiety to straszne plotkary...
– A więc to prawda? – nie dawałam za wygraną.
– Tak, ale zostawiła mnie dla tamtego paniczyka – odparł w końcu Veeru.
– Podobno, żeby ratować rodzinny majątek. Może... Ona wciąż cię kocha –
podsunęłam. – Teraz ważniejsze jest jednak, czy ty wciąż ją kochasz.
– Oczywiście. Nie ma dnia, bym o niej nie myślał – oburzył się Veeru.
– Więc może wciąż jest szansa, żeby uratować sytuację. Daj nam trochę
czasu – poprosiłam. – Rey skontaktuje się z tobą jutro. Coś wymyślimy, żeby
pozbyć się Ioara.
– Chcesz zadzierać z człowiekiem Ejvalda? Szaleństwo – stwierdził
Reynald, ale uśmiechnął się. – Rozumiem, że masz jakiś plan?
– Możliwe – zaśmiałam się. – Ale wszystko zależy od tego, co powie
Shanon. – Skinęłam głową i już miałam odejść. – Wiesz, że tamtych dwóch gości
napadło Shanon?
– Nie chcieli zrobić jej krzywdy. O wszystkim mi już powiedzieli –
oznajmił Veeru. – I o was. Chcieli ją porwać i zażądać odejścia Ioara, zerwania
zaręczyn, dopiero wtedy by ją oddali. Chcieli tylko pomóc.
– To ma sens – przyznałam, kiwając głową ze zrozumieniem.
– Ma? – zdziwił się Reynald.
– Nie mieli broni, a Shanon się zbytnio nie bała, co najwyżej zlękła,
gdy ją zaskoczyli, ale wyraźnie było widać, że wie, o co chodziło – oznajmiłam spokojnie.
Po powrocie poszłam porozmawiać z
Shanon. Na początek postanowiłam ją zagadać. Siedziałyśmy przy stoliku,
popijając herbatę i gaworząc.
– Mogłabyś mi powiedzieć co nieco o tym... Kraju? – spytałam po chwili
namysłu. – Jaka na przykład funkcjonuje tu waluta? Ile wartych jest pięć
srebrnych monet?
– Hm... Jakby to wytłumaczyć? Mamy srebrne i złote monety. 10 srebrnych
jest tyle samo wartych, co jedna złota, a za jedną złotą można już wynająć
pokój na 2 noce i to z jedzeniem.
– Czyli za 5 srebrnych można już przeżyć dzień, tak?
– Tak, ale to też zależy od miejsca oraz ile wytargujesz.
– Rozumiem... Strasznie to skomplikowane.
– I tak i nie. Zależy od szczęścia i daru przekonywania – zaśmiała się
Shanon. – Naprawdę nic nie wiesz o tym kraju?
– Żeby tylko o kraju – mruknęłam. – To mi przypomina... Dostaniemy z
Reynaldem zaproszenie na twój ślub? – spytałam z powagą. – Czy nie zamierzałaś
nic mówić?
– To... Jak się o tym dowiedziałaś? – Shanon wyraźnie się przeraziła.
– Ludzie gadają – wyjaśniłam, wzruszywszy ramionami. – Nie było trudno o
tym usłyszeć.
– To nie twoja sprawa.
– Masz rację, nie moja – przyznałam spokojnie. – Ale ciężko mi się na to
patrzy. Prawdopodobnie nie możesz postąpić bardziej głupio.
– Słucham?
– Wiesz, kim jest Ioar, wiesz, co z niego za człowiek. Jesteś pewna, że
chcesz, by ratował was i wasz dom za pieniądze zdobyte przez śmierć innych
ludzi? To jest to, czego pragniesz? Być z kimś takim? Przecież wiem, że jest
agresywny, fałszywy...
– To nie ma znaczenia. Robię to dla mojego ojca – ucięła Shanon, patrząc
na mnie gniewnie.
– I myślisz, że twój ojciec byłby szczęśliwy, znając prawdę? Nie dałaś
mu nawet szansy wybrać. Widać jak bardzo cię kocha. Jestem pewna, że ponad wszystko
wybrałby twoje szczęście i gdyby wiedział, nigdy nie zgodziłby się na twój ślub
z Ioarem. Przemyśl to – powiedziałam i zacisnęłam dłonie w pięści. – Zastanów
się, czy twój ojciec właśnie czegoś takiego chce dla ciebie.
Po tym wyszłam, nie mogąc dłużej tego
znieść. Bałam się, że nie udało mi się nic zdziałać. A już następnego dnia
miejsce miał uroczysty obiad, na który ja i Reynald również byliśmy zaproszeni.
Wyglądało na to, że Shanon nic nie powie. Potrzebowała, zatem, jakiejś
motywacji, ale o to też zadbałam. Spojrzałam wyczekująco w stronę okna. Chwilę
to trwało, ale zdawało mi się, że słyszę jak ktoś otwiera drzwi do posiadłości.
Mimo to, nikt się nie zjawił i już zaczęłam wątpić.
– W takim razie upewnijmy się czy wszystko jest jasne odnośnie ceremonii
– naciskał Ioar. – Chciałbym, żeby przebiegła bez jakichkolwiek problemów.
W tej samej chwili drzwi do jadalni
otworzyły się i do środka wmaszerował Veeru z bojową miną. Wciąż łudził się, że
da radę odwieść Shanon od ślubu z Ioarem, a ja oczywiście kibicowałam mu z
całego serca. Zresztą Reynald tak samo. Na ten widok Shanon poderwała się z
miejsca, ale szybko się opanowała, nie do końca pewna, co powinna zrobić. Ioar
również wstał, obrzucając nowo–przybyłego lodowatym spojrzeniem.
– Veeru, co ty tutaj robisz? – spytał gospodarz. – Rozmawiamy teraz o
ważnych sprawach.
– Nie mogę pozwolić, żeby Shanon go poślubiła – odparł Veeru i zwrócił
się do niej. – Kocham cię, Shanon.
– Veeru... – jęknęła dziewczyna.
– Ale teraz ona jest moją narzeczoną – wycedził Ioar przez zaciśnięte
zęby, gotów wyrzucić rywala za drzwi.
Reynald powoli wycofywał się od
stołu, ciągnąc mnie za sobą, aż skryliśmy się za rogiem korytarza i stamtąd
obserwowaliśmy całe zajście.
– Shanon, proszę... – ciągnął dalej Veeru. – Zrobię wszystko, by pomóc
twoim rodzicom zachować majątek. Cały czas szukałem sposobu. Tylko proszę, wróć
do mnie.
– Głupia, zgódź się – wyszeptałam, chociaż nie mogła mnie usłyszeć. –
Zgódź się.
Shanon dłuższą chwilę milczała,
wpatrując się w podłogę, a dłonie zaciskała w pieści.
– Wyjdź – syknął Ioar. – Nie jesteś tu mile widziany, prawda? – spojrzał
wyczekująco na ojca Shanon, a ten niechętnie skinął głową. Sama też miałam
ochotę wyrzucić kogoś za drzwi, ale tą osobą stanowczo nie był Veeru. Ioar
działał mi na nerwy. To przechodziło ludzkie pojęcie.
– Veeru, wyjdź proszę.
– Nie! – zaprotestowała energicznie Shanon.
– Co to ma znaczyć? Chyba nie chcesz odwołać ślubu? – fuknął Ioar i
uderzył pięścią w stół.
– Właśnie, że chcę go odwołać – oznajmiła – Ojcze, ja kocham Veeru. Nie
potrafię być nikim innym. Ioar to zły człowiek. Współpracuje z generałem
Ejvaldem, którego tak bardzo nie znosisz. Zaopatruje jego ludzi w broń, którą
przelewana jest krew niewinnych ludzi. Ten człowiek wcale nam nie pomoże, a
prędzej przyniesie nam zgubę. Jest przegniły do szpiku kości, fałszywy i
agresywny. Nie chcę być żoną kogoś takiego – zadeklarowała z powagą. – Wiem, że
ten dom jest dla ciebie bardzo ważny, ale jeśli cenisz sobie moje szczęście,
chociaż odrobinę, nie każ mi wychodzić za Ioara.
– Shanon, dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś?
– Nie chciałam, bo wiedziałam jak cenisz sobie ten dom.
– Chciałem zachować ten dom dla ciebie.
– Ta dziewczyna kłamie. Jak śmiesz mnie oczerniać – syknął Ioar,
ściskając Shanon za ramię. – Zapłacisz
mi za to.
– Natychmiast opuść ten dom, Ioarze! – krzyknął pan domu, gdy Veeru omal
nie złamał Ioarowi ręki, uwalniając z jego uścisku Shanon. – Nie chcę cię
więcej widzieć.
– Zgłupiałeś, starcze? Stracisz wszystko. Zniszczę was, jeśli mnie
wyrzucicie!
– Wyjdź! – zagrzmiał ojciec Shanon.
Ioar groził im, lecz powoli się wycofując. Wiedział, że jest na
przegranej pozycji i że nic już nie zdziała. Jeszcze w drzwiach wykrzykiwał
jakieś obelgi, aż zniknął. Shanon rzuciła się Veeru na szyję, a ja ukradkiem
ocierałam łzy wzruszenia.
– To takie romantyczne – jęknęłam, pociągając nosem i spojrzałam na
Reynalda, który próbował się gdzieś wymknąć. – Gdzie idziesz? – spytałam, lecz
nie odpowiedział. Spuścił tylko wzrok, a jego oczy znów stały się
niebezpiecznie szare i zasnute mgłą. – Nie uznaję takich metod i nie, nie
rozumiem, ale nie będę cię powstrzymywać – stwierdziłam, starając się zachować
spokój. – Tylko uważaj na siebie – dodałam.
Reynald skinął głową i wybiegł tylnym
wyjściem. Dłuższą chwilę przyglądałam się jeszcze uroczej rodzinnej scenie, ale
nie wytrzymałam. Za bardzo martwiłam się o Reya. Z szybko bijącym sercem,
ruszyłam w kierunku, w którym zniknął. Gdy wyszłam z budynku, rzuciłam się do
biegu, omal nie staczając się na sam dół.
Reynald siedział na kamieniu przy
drodze, a po Ioarze nie było ani śladu. Wzięłam głęboki oddech i poprawiłam
zwichrzone włosy.
– Rey... – powiedziałam cicho.
– Pozwoliłem mu uciec – oznajmił, nawet na mnie nie patrząc, a ja
położyłam dłoń na jego ramieniu. – O nic nie zapytasz?
– Nie, nie zapytam. Jeśli będziesz chciał to sam kiedyś mi powiesz –
stwierdziłam spokojnie. – A jeśli nie powiesz... Widocznie nie jest mi dane się
dowiedzieć.
W końcu nadszedł czas pożegnania.
Poprzedniego wieczoru, Reynald oznajmił mi, że ruszamy dalej. I tak długo
używaliśmy gościnności Shanon i jej rodziców. Obojgu nam udało się trochę
zarobić. Natomiast Shanon i Veeru wyglądali na szczęśliwych. We wiosce
zapanował spokój i radość.
– Nigmet, bardzo ci za wszystko dziękuję.
– Ja nic nie zrobiłam – odparłam. – To ty i Veeru wykazaliście się
odwagą.
– Nie, nigdy bym się pewnie nie odważyła wygnać Ioara, gdyby nie twoje
słowa. Uświadomiłaś mnie, że tak nie powinno być, że nie tego chcę. To również
ty wezwałaś Veeru wtedy do nas. To...
– To była siła waszej miłości. A po Veeru poszedł akurat Reynald –
skwitowałam.
– Cokolwiek powiesz i tak dziękuję – Shanon nie dała za wygraną. – Czy
mogę coś dla ciebie zrobić?
– I tak jest mi głupio, że przyjęliście nas u siebie na tak długo.
– Pomogliście nam wszystkim bardzo.
– Cóż... W takim razie jest jedna rzecz – stwierdziłam po chwili
namysłu. – Potrzebuję jakiś wygodniejszych ubrań. Suknia jest piękna, ale nie
przywykłam do takiego stroju. Potrzebuję czegoś wygodnego, w czym zarazem nie
będę się wyróżniać.
– Chyba nawet mam coś takiego, nie wiem tylko czy ci się spodoba...
– Cokolwiek będzie w porządku.
Shanon zniknęła gdzieś, a gdy kilka
minut później wróciła, wręczyła mi ubranie. Natychmiast się w nie przebrałam.
Wyglądałam troszeczkę jak pirat, ale i tak stanowczo bardziej pasowałam do tego
miejsca w tym, niż swoich własnych ubraniach.
– Dziękuję, Shanon. To naprawdę ogromna pomoc – oznajmiłam radośnie.
– W takim razie cieszę się.
– Uważaj na siebie i nie poddawaj się – powiedziałam, ściskając Shanon. –
To był krótki czas, a jednak...
– Żegnaj przyjaciółko. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy –
dokończyła za mnie.
– Tak, ja również mam taką nadzieję.
Gdy już pożegnaliśmy się ze
wszystkimi, ruszyliśmy dalej. Znów tylko ja i Reynald. Przeprawiliśmy się
łodzią przez rzekę i tam już szliśmy dalej pieszo. Odwróciłam się za siebie, by
jeszcze raz spojrzeć na wioskę, którą właśnie opuściliśmy. Mimowolnie się
uśmiechnęłam. Ludzie byli tam dla nas bardzo mili, ale było coś, co mnie
niepokoiło.
– Reynald...
– Tak?
– Wszystko
będzie w porządku, prawda? – spytałam cicho.
– W sensie?
– No z Shanon i Veeru. Uda im się prawda?
– Oczywiście. Rozmawiałem z Veeru, wygląda na to, że ma już jakiś pomysł.
On i jego rodzina przeniosą się do domu Shanon, a swój dom zamienią w sklep.
– Veeru to bardzo inteligentny chłopak – przyznałam. – Ale nie do końca
o to mi chodziło.
– Co, więc takiego cię trapi?
– Ioar – wyszeptałam. – Co jeśli spełni swoje groźby?
– Nie zrobi tego.
– Skąd ta pewność? – zdziwiłam się, spoglądając na Reynalda.
– Ioar to gnida, po tym, co go tu spotkało, nie będzie miał odwagi się
tu więcej pokazać.
– No a... Nie naśle tutaj Ejvalda?
– Hahaha. O to ci chodziło? – Reynald był wyraźnie rozbawiony tą
koncepcją.
– Co w tym śmiesznego? – mruknęłam. – Sam mówiłeś...
– Tak, rozumiem, co masz na myśli, ale bez obaw. Ejvald jest zbyt
skupiony na sobie, żeby spełniać czyjeś prośby. Nawet, jeśli robią razem
interesy, nie sądzę, żeby Ejvald posłuchał skomlenia Ioara.
– Bo wiesz... Niby im pomogliśmy, ale nie chciałabym, żeby...
– Dobra z ciebie dziewczyna, Nigmet, naprawdę dobra.
– Czy ja wiem – skwitowałam. – Po prostu rozważam różne opcje.
– Nie chcesz się przyznać, ale naprawdę dobra z ciebie dziewczyna. Przepraszam...
Kobieta. Wspaniała kobieta.
– Och,
daj już spokój, Rey – mruknęłam, a on pogładził mnie po głowie. – Swoją
drogą... Gdzie teraz się kierujemy?
– Do wsi przy drugiej rzece. Po drodze odwiedzimy na dzień lub dwa,
miasto portowe, znajdujące się w miejscu, gdzie dwie rzeki tego królestwa łączą
się w jedną. Łatwo tam o zarobek, zawsze potrzebują kogoś do pracy przy
rozładunku i załadunku.
– Mhm. No, a ta kolejna wioska?– zaciekawiłam się i westchnęłam,
poprawiając zmierzwione przez Reynalda włosy.
– Mieszka tam mój brat.
– Brat? – powtórzyłam zaskoczona. – Masz brata?
– Nie prawdziwego. To przyjaciel, znamy się jak łyse konie, od dziecka,
ale bliski mi jest niczym brat. To moja jedyna rodzina...
– Rozumiem. W takim razie z przyjemnością go poznam.
Że też Nigmet musi się we wszystko wtrącać :) Nie, żebym tego nie pochwalała, ale kiedyś zrobi sobie w ten sposób krzywdę. Chyba nie ma jeszcze świadomości tego, jak bardzo może się przy tym narazić. Mimo to fajnie czyta się zderzenie punktu widzenia Nigmet ze światem, do którego trafiła.
OdpowiedzUsuńTris, kochanie Ty moje, rozdział jest bez korekty. Literówki, brak spacji pomiędzy wyrazami, chyba coś jeszcze. Ze strony technicznej to chyba Twój najgorszy rozdział. Nieładnie tak.
Czekam na kolejną część.
Pozdrawiam
Laurie
Wiem ale wstawialam na kacu miedzy jednym a drugim snem. Poprawie ale przynajmniej chcialam w terminie.
UsuńDo Ciebie tez zajrze. Jestem w polowie ale potem poleglam w walce ze snem. Teraz przez swieta sie poprawie. Obieeecuuujeeee.
Tenebris
Rozdział ciekawy jak wszystkie do tej pory, ale niestety muszę stwierdzić, że poprzednie podobały mi się bardziej, były lepsze. Ot moja opinia. :)
OdpowiedzUsuńTroszkę za szybko z tą akcją... znaczy ogólnie jest okej, ale np. wątek gdzie Nigmet przekonywała Shanon... myślę, że normalny człowiek nie przekonałby się tak szybko. Brakuje mi jakieś sprzeczki w tym momencie, cokolwiek. Ale tak czy siak oczywiście bardzo mi się podobało i czekam na więcej. ;)
Pozdrawiam, KatieKate. ^^
http://jestesmydziecmiziemi.blogspot.com/